Weźmy demonstracje. 1 maja spędzałem w tym roku w Berlinie z Karoliną, w dniu ogromnych, wielobarwnych protestów, jednoczących całe społeczeństwo w radosnej zabawnie. Kilka miesięcy później zupełnym przypadkiem trafiliśmy na wielkie uliczne święto w Kolonii, gdzie lokalsi świętowali wprowadzenie małżeństw jednopłciowych przez niemiecki parlament. Rzut beretem od Warszawy, a jak inna atmosfera.
W tym wpisie skupię się na berlińskim, pierwszomajowym doświadczeniu. Niby były jakieś marsze i demonstracje, ponoć masowe, ale na żadną z nich nie udało nam się dotrzeć. Za to trafiliśmy do parku, gdzie swoje stanowiska grzecznie rozłożyły różne partie polityczne, stowarzyszenia i organizacje działające na rzecz emancypacji różnych grup: Kurdów, osób LGBT, kobiet. Przechadzając się ulicami Kreuzberga trafiało się na muzykę ze wszystkich stron świata, od Turcji po Afrykę Subsaharyjską. Bary i restauracje kusiły piwem po 2 euro (nota bene tańszym niż w sklepach, które na tę okazję postanowiły podwyższyć cenę złotego trunku) i street foodem na modłę turecką, japońską czy dla tradycjonalistów włoską (klasyczna picka). Ponoć były jakieś skromne zamieszki bardziej radykalnych aktywistów z policją, ale szczęśliwie się na nie załapaliśmy. Po święcie wszystkich pracowników kluby zapraszały na tańce. Było superinkluzywnie, nikt nie czuł się wykluczany, pogoda sprzyjała myśleniu: aż chce się żyć w takim miejscu. Tak co roku wygląda największa manifestacja przekonań w Niemczech.
A w Polsce mamy co roku 60-tysięczny Marsz Niepodległości. Mniej bojowi mieszkańcy stolicy wolą nie wychylać się z domów lub jeśli mają na to czas i środki wyjechać poza miasto. Nieliczna, choć wspaniała grupa ludzi wychodzi stawić czoła faszystom, czy to ich blokując czy po prostu pokazując, że nie godzi się na życie w społeczeństwie budowanym na przemocy i pogardzie dla drugiego człowieka. Nie jest jednak ich zbyt dużo. I ciężko się dziwić, bo sympatie władzy są wyraźnie po stronie nacjonalistów. Policja do tej pory nie postawiła zarzutów ani jednemu nacjonaliście, chętnie za to ściga tych, którzy wyszli się im sprzeciwić. Faszyści dostają pochwały od MSZ-u, rok temu nawet sam Prezydent wysłał do nich laurkę. Wiem, że w chwalonych przez Mellera Niemczech działa skrajna prawica. Pegida, radykalizujące się AfD, Podziemie Narodowosocjalistyczne mające ofiary śmiertelne na koncie. Różnica jest taka, że tam większość polityków i społeczeństwa jest gotowa ich zwalczać, a nie bezradnie wzruszać ramionami lub popierać.
Jest dużo prawdy w tym, że jeśli mamy dwa projekty cywilizacyjne, utożsamiane z Niemcami i Rosją a Polska stoi na rozdrożu, to nie ma co się zastanawiać i przyjąć za wzorzec ten, który po prostu działa i w którym ludziom żyje się zwyczajnie lepiej, bez względu na kolor skóry, orientację seksualną, poglądy polityczne czy styl życia.
