KOD stracił zdolność obrony wartości, na których straży miał stać

CC-BY-SA-4.0, Silar, Wikipedia
Sobotnie popołudnie. Mazowiecki Komitet Obrony Demokracji wybiera swojego przewodniczącego. W szranki stają Mateusz Kijowski i dwóch bliżej nieznanych działaczy lokalnych, z których jeden po drodze rezygnuje. Na sali wiele zacnych osób, część z nich zajmie się audytem organizacji. Choć na zdjęciach widzimy uśmiechnięte twarze, KOD przypomina Titanic. Statek, na którym orkiesta miała grać do końca, mimo nieuchronnego zderzenia z górą lodową.

Mazowsze to jedna piąta działaczy KOD-u. Centrum decyzyjne organizacji. To ten region stoi w dużej mierze za masowymi manifestacjami, które przeszły ulicami Warszawy w ubiegłym roku. Każda z nich gromadziła co najmniej 50 tysięcy osób, mimo iż Telewizja Polska na spółkę z ministrem policji, Mariuszem Błaszczakiem, próbowała te liczby zakłamywać. Większośc z nich (poza kuriozalnymi spędami w obronie czci i honoru Lecha Wałęsy) dotyczyła spraw słusznych. Sprzeciwu wobec inwigilacji obywateli zaproponowanego w ustawie o policji, mediów publicznych. Mediów publicznych oddanych jednej partii. Trybunału Konstytucyjnego, który po roku działań PiS-u przestał istnieć. KOD miał niesamowitą zdolność mobilizowania ludzi. Dla pokolenia dzisiejszych 50-60-latków była to nowa inicjacja polityczna, pierwsza możliwość zaangażowania od lat.


Jednocześnie od początku KOD był obciążony grzechem pierworodnym. Pamiętam pierwsze listy, nawołujące do tworzenia komitetów, powołujące się na Margaret Thatcher (tej od pałowania górników) i Ronalda Reagana - symbolu neoliberalnych reform. Wokół KOD-u powstały też liczne media społeczościowe, takie jak SokZBuraka -ten sam, który zrobił z Jana Śpiewaka działacza PiS-u, a w krytyce rządu nie bał powoływać się na autorytety skrajnej prawicy tj. Janusz Korwin-Mikke czy Wojciech Cejrowski.

Mimo tęgich głów, które zabiegały o sympatię organizacji, KOD nie wypracował spójnego przekazu. Miałkość programowa, brak wizji państwa, przypadkowi liderzy (tacy jak Kijowski, którego dług alimentacyjny podczas roku szefowania organizacji urósł ponad dwukrotnie, do zawrotnych i niespłacalnych 200 tysięc złotych) oraz przez długi czas bezwarunkowa i bezkrytyczna sympatia Gazety Wyborczej, sprawiły, że KOD oderwał się od rzeczywistości.

Coraz bardziej istniał dla zaspokojenia ego liderów i działaczy, a nie realnej kontrpropozycji dla Prawa i Sprawiedliwości. Opozycyjność KOD-u nie była zniuansowana. KOD-owe media z ochotą powielały tezę o "złych beneficjentach 500+", co tylko piją i wydają świadczenia na rozrywki (co jest zabawne, w obliczu doniesień o tym, że jednym z zakupów Kijowskiego był telefon z jabłuszkiem za ponad 4 tysiące złotych). Socjalni KODersi byli zagłuszani przez wuwuzele hunwejbinów, obecnych na demonstracjach.

Na krytykę wobec Kijowskiego jedyną odpowiedzią było albo "W PiSie zachowują się gorzej", albo sekciarstwo. "Murem Za Mateuszem" - wtedy, gdy paraduje z portretem Dmowskiego, wtedy gdy nie potrafi wiarygodnie wytłumaczyć się z zadłużenie wobec swoich dzieci, także wtedy gdy wyszły feralne faktury. Człowieka, który powinien zająć się poskładaniem swojego życia osobistego, utwierdzano w przekonaniu że jest fantastycznym liderem, a Kijowski w to brnął. A to wzywał Jarosława Kaczyńskiego do debaty, a to radził Jarkowi, żeby się pakował. A Jarek zacierał ręcę. Jarek wiedział doskonale, że gdyby Kijowskiego nie było, to musiałby go sobie wymyślić.
  • ZOBACZ TAKŻE:
  • KOD
Trwa ładowanie komentarzy...